Czym jest szczęście według dziecka?

Czym jest szczęście według dziecka?

Czy często spotkacie się ze stwierdzeniem, że dzieci, u których w codziennym menu nie ma czekoladki czy batonika nie zaznały smaku prawdziwego dzieciństwa? Że są biedne i poszkodowane?
Że odbierane są im drobne przyjemności?

Swego czasu takie biadolenie nad niedolą mojego dziecka, które wyrodna matka skazuje na żywot bez cukrowych czasoumilaczy, było moją codziennością. Zważa w rodzinie, że „jak tak to tak bez słodyczy do paczki świątecznej”??

Morze wylanych łez nad jej tragedią, kąśliwe uwagi w moim kierunku i poczucie winy, w jakie próbowali mnie wpędzić życzliwi obserwatorzy.

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie jestem dietetycznym fanatykiem. Wyznawałam (i nadal wyznaję) zasadę, że im dłużej uda nam się unikać słodyczy w diecie dziecka tym lepiej dla niego. Bezwzględne minimum to dla mnie pierwszy rok życia. Schody zaczynają się w momencie, kiedy dziecko świadomie znaczna domagać się konkretnego produktu, a próba odwrócenia jego uwagi kończy się wielką awanturą, co ma miejsce zazwyczaj między 2 a 3 rokiem życia. Maluch szybko opanowuje sztukę ciętej riposty i nie przemawia do niego argument w stylu „Mamusia może, a Tobie nie wolno”. Wtedy to właśnie moja pierworodna zjadła swojego pierwszego loda, ze smakiem.

Czy jednak dzieci, które nie jedzą słodyczy codzienne są poszkodowane? Czy czują się nieszczęśliwe?

O to trzeba zapytać je same. Ja często to robię, a raczej moja córka sama komunikuje, że miała dzisiaj fajny dzień.

Czy ta radość związana jest z konsumpcją? Absolutnie.

Jest super, jak Tata szybciej oderwie się od komputera i zabierze ją na rower.

Jest super, jak młodsza siostra zaśnie na dłużej niż 15 minut i bawimy się pluszakami.

Jest super, jak wspólnie gramy w Zingo, a Mama standardowo dostaje baty.

 

To jest właśnie szczęście oczami dziecka. Nie narzucajmy im swojej perspektywy. Dla nich szczęście ma zupełnie inny wymiar i nie sprowadza się do jedzenia słodyczy.

Wielu dorosłych borykających się od lat z nadprogramowymi kilogramami nie jest w stanie zrezygnować ze słodkości bo są ich jedyną przyjemnością w życiu. Na diecie towarzyszy im obezwładniające poczucie straty i tęsknoty przez co szybko porzucają zdrowe odżywianie.
Używają jedzenia do kompensowania swoich niepowodzeń, rozładowywania stresu, uspakajania się przed snem. Dla nich do słodycze to synonim szczęścia.

To bardzo destrukcyjne zaburzenie, które niestety przenosimy na dzieci. One wynoszą je z domu obserwując zachowanie rodziców – jest fajnie, jak jemy słodycze. Wchodzą w dorosła życie z przeświadczeniem, że żeby było miło to trzeba coś konsumować. Nie radzą sobie z emocjami, więc zaczynają je zajadać, żeby przywołać przyjemne odprężenie. Nie rozwiązują rzeczywistych problemów, nie potrafią się inaczej zrelaksować. Zakładają swoje rodziny i kolejne pokolenie wzrasta w przeświadczeniu, że słodycze są niezbędne do szczęścia. To kolejni niewolnicy jedzenia, uzależniający swoje samopoczucie od konsumpcji.

Znasz ten mechanizm?

Ja znam go doskonałe. Dlatego postanowiłam przerwać to błędne koło i pokazać moim dzieciom czym naprawdę jest szczęście.

Masz ochotę na batonik to go zjedz, ale to nie spowoduje, że twoje troski miną. Tak jak niejedzenie słodyczy nie uczyni Cię życiowym smutasem.

Spójrz na to zdjęcie – tak właśnie wygląda dziecięca beztroska, wolna od cukrowego nałogu.

Tak wiele możemy nauczyć się od swoich dzieci. Korzystamy z ich mądrości.